Muszę przyznać, że moja przygoda z książkami zaczęła się dość późno…

W moim domu rodzinnym króluje niestety pan nad panami – telewizor ( jak w wielu polskich domach z resztą). Moich rodziców widywałam tylko na czytaniu gazet, także książkowego przykładu nie było z kogo brać.

Na studiach nie miałam czasu na dodatkowe lektury. Życie w akademiku ma swój własny harmonijny plan dnia, którego nie należy zaburzać, kto mieszkał ten wie 🙂 Czas, który zostawał po wypełnieniu typowych akademickich aktywności trzeba było przeznaczyć na czytanie notatek, książek, których przeczytanie zapewniało zaliczenie danego przedmiotu.

Tak więc moja prawdziwa przygoda z książkami mogła się rozpocząć dopiero pod koniec studiów.

A było tak: Pewnego dnia trafiłam na krótki wykład motywacyjny, gdzie pod koniec prowadzący polecał książkę „Plan lotu” Briana Tracy, był dla mnie na tyle przekonujący, że już następnego dnia udałam się do Empiku i zaczęłam szukać książki wspomnianego Tracy. Empik nie posiadał akurat „Planu lotu”, ale w ręce wpadła mi inna książka tego autora, mianowicie „Nie tłumacz się działaj”. Tytuł brzmiał nieźle. Okładka spoko. Kupiłam. Przeczytałam niemalże jednym tchem i czułam się jakby ktoś odkrył przed mną oczywiste prawa rządzące wszechświatem. Wszystkie one tkwiły przed moim nosem i czekały aż w końcu je dostrzegę. Miejcie na uwadze to, że działo się to 5 lat temu. Obecnie rynek coachów motywacyjnych jest tak liczny, że każdy zna chyba z 3 minimum 🙂 Także jeśli ktoś jest zaznajomiony z wykładami motywacyjnymi, czytał kiedykolwiek książkę motywacyjną, Brian z  pewnością nie będzie dla niego tak fascynujący jak dla mnie 5 lat temu. Kończyłam wtedy studia, nie do końca wiedziałam, co zrobić ze swoim życiem, czułam się jakaś taka niezadowolona, uwięziona w codzienności. Książka Briana dała mi wtedy praktyczne wskazówki odnośnie podejmowania refleksji nad sobą, planowania życiowych aktywności. Nie karmiła czytelnika tylko ogólnikami znanymi każdemu myślącemu człowiekowi. Pokazywała przykłady działań, które można podjąć. Wiele zawdzięczam lekturze tej książki. Przede wszystkim, dzięki niej, zaczęłam regularnie czytać i czerpać z tego przyjemność. Obecnie w mojej domowej biblioteczce Briana jest ci pod dostatkiem:) Szczerze powiedziawszy, gdy przeczyta się jedną z jego książek można domyślać się, co będzie w pozostałych. Wiele treści się powtarza albo jest nieco inaczej sformułowanych. Od czasu do czasu warto jednak przypominać sobie wskazówki w nich zawarte. Ludziom wydaje się, że po jednorazowym przeczytaniu książki wiedzą wszystko. Tak niestety nie jest – nasz mózg nie ogarnia aż tak bardzo. Proponuję zrobić mały eksperyment, weź książkę powyżej 100 stron, którą czytałeś np. pół roku temu. Przeczytaj ją jeszcze raz. Będziesz zaskoczony ile nowych kwestii/wątków spostrzeżesz. Oczywiście sprawdza się to szczególnie w przypadku książek edukacyjnych. Jestem jednak pewna, że jeśli ponownie przeczytasz jakiś kryminał sprzed roku też odkryjesz nowe wątki.

Po „wejściu” do świata książek zrozumiałam jak wiele mnie omijało. Wszystkiego czego chciałbyś się dowiedzieć możesz dowiedzieć się za pośrednictwem książek. Absolutnie wszystkiego! Wiadomo – żeby się czegoś nauczyć trzeba też praktykować. Jednak przed praktyką dobrze jest opanować teorię 🙂

Wracając do tematy książek motywacyjnych…

Często mamy spadki formy, czujemy jakbyśmy walili głową w ścianę, a nasze życie płynęło bez naszej obecności w nim. Ile razy siedziałeś na kanapie i myślałeś – mógłbym poćwiczyć, mógłbym poczytać, mógłbym … (wstaw dowolne). Tak owszem – możesz wszystko, ale czasem masz po prostu na wszystko wyjebane. Siedzisz, bo siedzisz i oglądasz głupi, nic nie wnoszący do twojego życia serial. Takie dni też są potrzebne (tak mówią moi znajomi:) Jednak jeżeli stan takiego marazmu trwa dłużej niż tydzień to jest to dobry moment, żeby sięgnąć po książkę Briana lub innego gościa od samodyscypliny. Nie wiem jak u Was, ale u mnie stany takiego marazmu są częstsze w miesiącach zimowych, kiedy brakuje słońca. Za każdym razem powrót do książki motywacyjnej staje się iskrą zapalną, która wznieca we mnie nowy ogień 🙂 Oprócz tych „razów”, kiedy się nie staje LOL Oszustwem byłoby powiedzieć, że zawsze, kiedy mam stan „nie chce mi się” wracam do jednej z przeczytanych książek i czuję się od razu jak Papaj po zjedzeniu szpinaku… Powrót na drogę ku zajebistości jest procesem, ale warto dostarczać bodźców, które mogą go przyspieszyć 🙂 Tak więc czytaj książki brachu, z pewnością nie pożałujesz!

A Wy jak sobie radzicie ze spadkami formy? Zapraszam do dyskusji w komentarzach i dzielenia się tym wpisem z innymi 🙂

 

Close